Najczęstszy błąd we wdrożeniach asystenta AI w obiegu dokumentów to próba, żeby on jeden „robił wszystko”. Asystent jako chat, asystent jako workflow, asystent jako interfejs. Wynik: rozwiązanie nie do utrzymania, niezrozumiałe dla biznesu i dla działu IT. Sprawdzony wzorzec produkcyjny rozdziela odpowiedzialności na cztery warstwy.
Warstwa pierwsza: gdzie żyją dokumenty. Firmowe repozytorium (najczęściej uporządkowany SharePoint) trzyma dokument, jego wersje, opisy i uprawnienia. To jest „prawda” – wszystko inne się do niej odwołuje.
Warstwa druga: silnik procesu. Decyduje, kto akceptuje, w jakiej kolejności, jakie są terminy i jak działa eskalacja. To warstwa, która pamięta stan każdej sprawy, prowadzi audyt i wie, gdzie aktualnie czeka decyzja. W ekosystemie Microsoft tę rolę pełni Power Platform.
Warstwa trzecia: asystent decyzyjny. Streszcza dokument, wyłapuje anomalie, odpowiada na pytania, podpowiada decyzję. Nie pamięta stanu procesu – to nie jego rola. Działa na zlecenie konkretnego kroku w obiegu.
Warstwa czwarta: gdzie pracownik widzi sprawę i decyduje. Zwykle Microsoft Teams – w nim przychodzi powiadomienie, tam pracownik akceptuje, tam zadaje pytania asystentowi. Szczegóły dobrego projektu akceptacji omawiamy w artykule o akceptacjach w telefonie.
Świadome rozdzielenie tych warstw to nie tylko porządek techniczny. To warunek skalowalności – bez niego pierwszy asystent jakoś działa, a drugi i trzeci tworzą chaos.