Wyobraź sobie typową rozmowę na początku kwartału. Head of operations spotyka się z liderami zespołów. Pyta, ile projektów możemy wziąć w tym kwartale. Każdy lider patrzy na swój zespół, mnoży liczbę osób przez liczbę dni roboczych i odpowiada konkretną liczbą. Dodaje swoje projekty, dodajemy w sumie, i okazuje się, że portfel się mieści. Lecimy. Trzy miesiące później dwa projekty mają miesięczne opóźnienie, ludzie są zmęczeni, klient kręci nosem.
Co poszło źle? Każdy z liderów planował capacity zakładając, że każda osoba pracuje 8 godzin dziennie na projektach. Realnie człowiek pracuje produktywnie 5–6 godzin. Reszta to spotkania, maile, kontekst, krótkie przerwy, drobne sprawy biurowe. To nie jest lenistwo – to normalna ludzka praca. Każdy, kto pracował w biurze, wie to z autopsji.
Drugi mechanizm: planowanie nie uwzględnia urlopów, choroby, szkoleń. Statystycznie każda osoba ma rocznie 25–30 dni urlopu, 5–8 dni chorobowego, 3–5 dni szkoleń. Razem 30–40 dni rocznie, czyli 15% roku. Ten 15% rzadko ląduje w planie kwartalnym.
Trzeci mechanizm: każdy projekt ma swój nieliniowy narzut. Spotkanie kickoff, daily stand-upy, retro, integracje, koordynacja z innymi projektami. To 10–20% czasu projektu, którego nikt nie planuje, bo zakłada się, że to wlicza się w 8 godzin. Nie wlicza.
Razem te trzy mechanizmy oznaczają, że realne capacity zespołu to 65–75% nominalnego (osoby × dni × 8h). Organizacja planująca 100% planuje 130–150% realnej możliwości. Stąd paradoks 120% i przedłużanie projektów.